Przez długi czas nazwisko Guigou Cheneviera kojarzone
było przede wszystkim z legendarną już francuską grupą ETRON FOU LELOUBLAN (EFL).
Dziś mało kto ją pamięta, a na hasło "Chenevier" odzew brzmi raczej
"VOLAPÜK". Świadczy to nie tylko o uznaniu dla samego zespołu, ale również
o wyjściu z cienia samego Guigou, którego artystyczne dokonania mogą budzić
autentyczny podziw.
Wszystko zaczęło się w Awinionie, od założenia z przyjaciółmi
formacji EFL (w wolnym tłumaczeniu: "kupa białego wilka"). Prócz grającego
na perkusji i saksofonie Guigou występowali w niej Ferdinand Richard (śpiew, gitara
basowa) i Francis Grand (sax) a w kolejnych składach: Bernard Mathieu (sax), Bruno
Mailler (sax), Jo Thirion (instrumenty klawiszowe, śpiew). W 1973 r. nie umieli jeszcze
za bardzo grać, a ich jedyną koncepcją było tworzenie muzyki wyzwolonej,
niehołdującej stereotypom. Spontan. Całkowita wolność (trochę jak założenia
polskich yassowców, ale?...) Początkowo mało znani nawet we Francji, wypłynęli na
fali RIO, czyli Rock In Opposition. Na pomysł stworzenia tego ruchu muzycznego
skupiającego ambitne europejskie zespoły o zbliżonych poglądach (lewicowych... ale nie
ma się co zżymać, bo w końcu tam była zupełnie inna sytuacja niż u nas) wpadł
Chris Cutler, perkusista HENRY COW i późniejszy szef Recommended Records. Bojkotowani
lub kiepsko promowani przez duże wytwórnie, przekonane, że ich muzyka jest zbyt
hermetyczna, by mogła uzyskać większe uznanie (czytaj: by można było na niej
zarobić), próbowali walczyć o jej popularyzację. Wierzyli, że dotarcie do szerszej
widowni z kompozycjami będącymi alternatywą dla sztampowych rockowych produkcji jest
kluczem do sukcesu. (...)
W roku 1994 nadal działał duet OCTAVO, ale Guigou występował również
w zrealizowanej przez uliczny teatr sztuce "Król Ubu", do której skomponował
muzykę. Odtwarzający główne role byli jednocześnie muzykami. Łączenie tych funkcji
okazało się trudne, ale wszyscy dobrze się bawili - nie wyłączając publiczności. W
składzie znalazł się gitarzysta Guy Sapin oraz klarnecista Michel Mandel. Guigou zawsze
szukał nowych wyzwań, nic więc dziwnego, że razem z Michelem wpadli na pomysł
założenia nowej formacji. Dołączył do nich wiolonczelista Guillaume Saurel,
współpracujący już z Michelem. To był początek VOLAPÜK. "Nazwa ta
interesowała nas z dwóch powodów. Przede wszystkim miał to być pierwszy
międzynarodowy język - a w końcu muzyka jest swego rodzaju językiem międzynarodowym.
Tkwi w tym jednak element przekory, bo Volapük się nie przyjął i dziś nikt na
świecie go nie rozumie. To taki żarcik z nas samych. Poza tym, słowo to ma brzmienie
nieco "wschodnie", a w naszej muzyce czuć akcenty wschodnioeuropejskie".
Mimo że, jak twierdzą muzycy, wybór składu instrumentalnego był
niejako sprawą przypadku, to brzmienie wydaje się bardzo przemyślane.
"Zdecydowaliśmy, że w zespole nie będzie gitarzysty ani basisty i powstało trio o
dość osobliwym składzie. Konsekwencją tej decyzji jest nasze brzmienie". To
charakterystyczne dla Guigou. Rezygnacja z gitary i świadoma akceptacja wynikających z
tego ograniczeń było zarazem odejściem od schematycznych rozwiązań aranżacyjnych.
"Gdy zaczęliśm razem grać, nie mieliśmy pojęcia, jaką muzykę tworzymy. Nie
zastanawialiśmy się nad tym. Po prostu dużo improwizowaliśmy. Pewne elementy
powtarzaliśmy bez końca, aż zaczęło się coś wyłaniać". Słuchając ich
pierwszej płyty trudno uwierzyć, że tak to właśnie było. Kompozycje są bardzo
przemyślane i sprawiają wrażenie skomponowanych od A do Z. Wiolonczela, klarnet basowy,
perkusja - to zestaw niekonwencjonalny, ale w ich muzyce niczego nie brakuje. Jeśli
przyjąć, że klarnet pełni funkcję basu a wiolonczela gitary, to właściwie mamy do
czynienia z klasycznym składem, ale muzycy często zamieniją się rolami i różnicują
charakter swojej gry. Perkusja rzadko służy jedynie do wybijania taktu. To nie byłoby w
stylu Guigou. "Staram się grać bardziej melodyjnie niż inni perkusiści, a moi
koledzy grają czasem bardziej rytmicznie, niż zwykle grywa się na wiolonczeli i
klarnecie".
"Skład zespołu - perkusja i dwa akustyczne instrumenty - pozwala balansować na pograniczu gatunków. Lubimy różnorodność stylistyczną. Dzięki temu nasza muzyka nie daje się jednoznacznie sklasyfikować. Trudno powiedzieć, czy to rock, jazz, czy muzyka współczesna". Jak scharakteryzować to, co grają? Najłatwiej opisywać to, co da się porównać z czymś już istniejącym. Jednak i tu można się naciąć, bo obszar porównań jest nieograniczony, chyba że słucha się wszystkiego, jak leci. Z konieczności "nowe" odnosimy do "znanego", więc opis jest subiektywny, a opinie bywają bardzo rozbieżne. Gorzej, jeśli nie daje się wskazać jednego konkretnego odnośnika. Wtedy, jak z potrawą, można wymienić składniki, ale smaku nie sposób określić słowami. Dla tych, którzy swój muzyczny smak wyrabiali na propozycjach RIO, a potem testowali wiele różnorodnych propozycji spod znaku Recommended, muzyka Volapük nie jest zaskoczeniem. Jednak dla wielu połączenie muzyki współczesnej (w sensie kompozycji), energii rocka, wątków etnicznych i jazzowej improwizacji jest zbyt zakręcone. Guigou mówi o tym z wyjątkową szczerością i skromnością: "Gramy muzykę, która jest wypadkową naszych zainteresowań, bez przesadnego intelektualizowania i kombinowania - jak, po co, dlaczego. Naturalnie interesujemy się teatrem, literaturą, kinem. Współpracowaliśmy ze znaną francuską choreografką Magui Marin, której spodobała się nasza muzyka i postanowiła opracować do niej układy taneczne. Nas też zachęcała do tańczenia podczas wspólnych występów z jej zespołem baletowym. Dzięki temu po raz kolejny mogliśmy zacierać granice pomiędzy różnymi dziedzinami sztuki". Nasuwa się pytanie, do kogo właściwie skierowana jest taka twórczość? To już nie problem muzyków. "Nie zadajemy sobie podobnych pytań. Po prostu gramy to, bo taką odczuwamy potrzebę. Porównałbym to z potrzebą jedzenia lub picia...".