Z Evanem Parkerem rozmawia Fred Jung. Pierwotnie wywiad ukazał się na łamach "Jazz Weekly" http://www.jazzweekly.com (tłumaczenie Zygmunt Gruntkowski)

FRED JUNG: Zacznijmy od początku.

EVAN PARKER: Na samym początku próbowałem brzmieć jak Paul Desmond. Zaczynałem od saksofonu altowego i moim pierwszym wzorem był właśnie Paul Desmond. Może to wydawać się trochę dziwne z perspektywy tego co stało się w późniejszym okresie, ale tak właśnie było. Następnie przerzuciłem się na saksofon sopranowy i tenorowy i próbowałem brzmieć jak Coltrane. A potem wszystko już wydawało się biec swoim własnym torem.

FJ: Jak duży był wpływ Coltrane'a na twoją muzykę?

EVAN PARKER: Cóż, sądzę, że ten wpływ jest wciąż żywy. Coltrane wciąż oddziaływuje na wielu muzyków na różnych poziomach a niektórzy ludzie nadal próbują naśladować prawdziwe brzmienie Cotrane'a lub jego frazowanie czy określone podejście harmoniczne z różnych okresów, jak również jego poświecenie instrumentowi. Zatem jego wpływ jest widoczny i żywy na wiele sposobów, jego muzyka jest również niewiarygodnie żywa, gdy jej słuchamy. W sumie był to wpływ, który zmienia życie, ponieważ ostatecznie właśnie wpływ Coltrane'a sprawił, że postanowiłem spróbować zostać saksofonistą i zobaczyć gdzie mnie to ostatecznie zaprowadzi.

FJ: Czy masz swój ulubiony utwór Coltrane'a?

EVAN PARKER: Zawsze uwielbiałem słuchać płyty "The John Quartet Plays" (Impulse!) zawierającej cztery kawałki, "Chim Chim Cheree" i "Brazilia." Sadzę, że ta płyta jest niesamowita. Wiele innych jest również znakomitych. Całość jego twórczości jest znakomita, a wpływ jego muzyki jest niewiarygodny.

FJ: Przejdźmy na chwilę do twojej współpracy z the Spontaneous Music Ensemble.

EVAN PARKER: No cóż, to  była to grupa, która bez wątpienia zaczęła od nawiązania do tradycji jazzowej. Początkowo graliśmy materiał inspirowany muzyką Ornette'a Colemana, Erica Dolphiego lub George'a Russella, w zależności kto był kompozytorem. Ale wówczas stało się coś dziwnego, jakby nagle włączył się jakiś przycisk w głowach muzyków i zaczęliśmy grać bez napisanego uprzednio materiału. To wydarzyło się wkrótce po tym jak dołączyłem do zespołu. Okres w którym John Stevens i ja pracowaliśmy jako duo był dla mnie bardzo ważny i było to dla mnie pierwsze doświadczenie grania całkowitego "free". Wszystko inne w moim dorobku zostało zbudowane na tamtym początkowym doświadczeniu. Nie jestem w stanie przecenić ważności mojego związku z tą grupą. Poznałem wówczas wielu ważnych muzyków takich jak: Kenny Wheeler, Dave Holland, Derek Bailey, Paul Rutherford, oczywiście oprócz silnego wpływu i przewodnictwa samego Johna Stevensa. Było wielu dobrych muzyków, którzy byli jakoś związani z tą grupą w rożnych etapach jej rozwoju.

FJ: Granie "free", mimo, iż wiąże się to z nieograniczoną wolnością, skutkuje niesamowitym naciskiem na muzyka, który musi podtrzymywać pewne ideały przez dłuższy okres.

EVAN PARKER: No tak, John Stevens był bardzo sprzeczną postacią w tym znaczeniu, iż z jednej strony chciał, abyś był "free", ale z drugiej strony chciał, abyś był "free" w pewien szczególny sposób lub w ramach jakiegoś stylu, w zależności od tego nad jakim rodzajem problemów pracował on w danym okresie. Dlatego brzmienie tej grupy zmieniało się nieco od jednego okresu do następnego poprzez lata istnienia, w zależności od tego czym John był zainteresowany i co chciał eksplorować. Tak, wolność to jedno z tych dziwnych słów. Jesteś wolny "od czegoś" i jesteś wolny "do czegoś". To tylko nazwa określająca pewnego rodzaju muzykę. Nic ona jednak nie mówi jak to wszystko działa lub jak się rozwija, jak ta muzyka powstaje. Nie można tego porównać do miejsca do którego się doszło. To nie jest jak "nirwana wolności", którą  posiadasz na stałe, gdy już raz ją osiągnąłeś. To pewien rodzaj stanu stałego rozwoju i ewolucji. To jest wolność do tworzenia i do bycia w tym stanie tak samo jak wolność od ograniczeń jakiejkolwiek metody.

FJ: Kiedy zatem artysta, który gra "free", wie kiedy będzie koniec utworu?

EVAN PARKER: (śmiejąc się) Cóż, to może stanowić pewien problem, ale grupy w których to jest rzeczywistym problemem nie wytrzymują ze sobą zbyt długo, ponieważ jedną z kluczowych spraw dla improwizującego zespołu jest wyczucie całościowej formy. To jest całkowicie intuicyjne. Czasami przychodzi to zupełnie naturalnie a czasami powstaje pewne tarcie, szczególnie dotyczy to decyzji jak powinny kształtować się utwory. To są kluczowe sprawy. Lubię pracować z osobami, które mają takie samo wyczucie formy i rozwinięcia improwizacji jak ja.

FJ: Jedną z takich intuicyjnych osób jest Derek Bailey, z którym stworzyłeś Music Improvisation Company.

EVAN PARKER: Tak, to była grupa, którą założyliśmy dawno temu i której skład był dosyć stały. Na początku było to trio, które ograniczało się do prób. Chyba nigdy nie graliśmy publicznie jako trio. Po prostu odbywaliśmy próby i rozmawialiśmy o tym czego potrzebuje grupa i wtedy poprosiliśmy Hugh Daviesa, aby się do nas przyłączył. Hugh był studentem muzyki elektronicznej i kompozycji oraz konstruktorem swoich własnych instrumentów, co w tamtych czasach było mniej powszechne niż obecnie. Później wiele osób zaczęło pracować w tym samym obszarze co Hugh, ale w tamtym czasie był on niemal jedyną osobą konstruującą swoje własne instrumenty oraz rozwijającą sposoby używania ich w kontekście grupy. Przez pierwszy okres istnienia grupy byliśmy więc kwartetem. W drugim okresie zaprosiliśmy Christine Jeffery, która miała znakomite artystyczne wykształcenie. Była ona zainteresowana w równym stopniu wokalizowaniem jak i śpiewem. Robiła ze swoim głosem takie rzeczy, które później stały się bardziej powszechne. Niestety Christine już nie gra, ale oczywiście Derek oraz Hugh Davies są bardzo aktywni. Jamie Muir wycofał się i poszedł w stronę malarstwa, poezji oraz samotniczego życia, a Christine, jak sądzę, jest wciąż bardzo mocno zaangażowana w tybetański buddyzm.

FJ: Nagrałeś dwa godne uwagi albumy z Peterem Brotzmannem: "Machine Gun" oraz "Nipples".

EVAN PARKER: Tak, myślę, że spotkaliśmy się przez Petera Kowalda oraz przez Joe przy okazji produkcji radiowej. Joe był  bardzo wpływowym producentem. Tworzył programy różnych festiwali i był bardzo znaczącą postacią. Organizował on bożonarodzeniowe warsztaty, co miało na celu wydanie pieniędzy z budżetu przed końcem roku a równocześnie było sposobem na zapewnienie niektórym zubożałym muzykom funduszy na Boże Narodzenie. Tam właśnie poznałem Brotzmanna. Tego samego roku był tam również Don Cherry oraz Marion Brown, w innych latach spotkałem Johna Tchichai oraz innych muzyków grających "free jazz" oraz "free improvisation".

FJ: Co skłoniło cię do stworzenia wytwórni the Incus.

EVAN PARKER: Myślę, że to wisiało już od dawna w powietrzu. Był jeden albo dwa precedensy. Sun Ra był już dobrze znany ze swoim Saturn Records. Brotzmann zaczął już robić kilka rzeczy, płyta tria oraz "Machine Gun" były początkowo wydane przez wytwórnię Petera. Wydawało się, że właśnie tą drogą należy pójść. Nie było wielkiego entuzjazmu wśród dużych wytwórni płytowych. Jeden lub dwóch muzyków czyniło starania w kierunku współpracy z dużymi wytwórniami płytowymi. Tony Oxley zrobił kilka rzeczy z CBS, myślę to była Columbia, mimo, że w tym kraju tę wytwórnie nazywano CBS. Nie było uczucia dla muzyki w korporacyjnych wytwórniach płytowych. W zasadzie jest tak po dzień dzisiejszy. Oczywiście ECM na samym początku było w dużym stopniu wytwórnią muzyków. Może nie pamiętamy tego już dzisiaj, ale początki ECM były takie same jak Incus czy FMP czy jakiejkolwiek z tych małych wytwórni z przełomu lat 60-tych i 70-tych. One odnosiły o wiele większy sukces niż inne wytwórnie, ponieważ miały bardziej zróżnicowaną politykę muzyczną i mieli kilka dobrze sprzedających się rzeczy, które dawały im siłę oraz wolność, aby prowadzić do jeszcze większego zróżnicowania.

FJ: Porozmawiajmy o twoich ostatnich wydawnictwach Electro-Acoustic Ensemble na wspomnianym uprzednio EMC: "Drawn Inward" and "Toward the Margins".

EVAN PARKER: Pomysł polegał na wykorzystaniu niektórych możliwości przetwarzania dźwięku na żywo, które pojawiło się wraz z rozwojem technologii komputerowej oraz dostępności, mocy i możliwości transportu. 20 lat temu, aby dokonać takich elektronicznych przetworzeń musiałbyś być w dużym studio, będąc przywiązanym do jednego miejsca i nie byłbyś w stanie zabrać takiego sprzętu w drogę bez olbrzymich dotacji. Teraz, tego typu sprzęt jest powszechnie dostępny i dlatego są interesujący muzycy, którzy pracują z tego rodzaju urządzeniami niezależnie i nie są przywiązani do żadnych konkretnych instytucji. Mają całkowitą wolność jako jednostki do łączenia się z innymi muzykami, których cenią i dlatego wszystkie podstawowe reguły tworzenia muzyki elektronicznej się zmieniły. Nie powiedziałbym, że byłem stale zaangażowany w ten rodzaj twórczości, chociaż u Paula Lyttona and Music Improvisational Company zawsze był jakiś element elektroniki na żywo nawet jeszcze zanim komputer zaczął być wykorzystywany. Tak, Paul Lytton stosował elektronikę na żywo więc byłem zawsze związany z ludźmi, którzy pracowali z tego rodzaju światem dźwięków a właśnie pojawienie się możliwości komputerowego przetwarzania dźwięku daje każdemu tak duże możliwości oraz oczyszcza cały system od zależności. Możesz stosować wiele technik przetwarzania bez wywoływania hałasu. Cała rzecz stała się nagle bardzo interesująca i miałem szczęście, że mogłem pracować z niektórymi z tych bardzo ciekawych ludzi. Lawrence Casserley jest znakomitym odkryciem. W rzeczywistości pochodzi on z konserwatorium, ale porzucił nauczanie i chce tworzyć oraz wykonywać tak często jak tylko możliwe. Jest to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż zbiegło się to z moim zainteresowaniem i chęcią współpracy z tego typu zespołem. Walter Prati jest muzykiem, którego znam już od około dziesięciu lat. Gdy zaczynaliśmy były to raczej podstawowe rzeczy, ale on również rozwinął swój system, który stopniowo stał się dosyć wyrafinowany. Muszę także zauważyć, że George Lewis jest bardzo ważnym pionierem na polu łączenia techniki komputerowej oraz improwizacji. Jego użycie tych elementów bardzo różni się od mojego, ale jego odwaga oraz wizja były bardzo stymulujące i bardzo ważne.

FJ: Jestem zaintrygowany improwizującymi muzykami wykorzystującymi pojawiające się technologie oraz elektronikę, ale ja jestem w mniejszości.

EVAN PARKER: Improwizujący muzycy nie są zbytnio z tego zadowoleni, ale ja nie wiem dlaczego. Sto lat temu ludzie prawdopodobnie nie byli zadowoleni z saksofonu, a dwadzieścia lat temu ludzie nie byli zachwyceni syntezatorami. Nie da się zawrócić tego zjawiska. To są nowe instrumenty. To są niejednokrotnie wspaniali muzycy grający na komputerach. Powinni być radośnie powitani w środowisku muzycznym i to jest mój plan. Jeśli to denerwuje kilka osób to mi przykro, ale ja muszę iść za moją własną wizją.

FJ: Przejdźmy na chwilę do "Chicago Solo" (OD 12017), które zostało wydane na Okka Disk (www.okkadisk.com), gdzie grasz na tenorze przez całą sesję.

*******************************

EVAN PARKER: Zgadza się. To było na prośbę Bruno and Johna Corbetta. Uważali oni, że powstało wystarczająco dużo płyt solo i że nadszedł czas dla mnie, abym spróbował na tenorze. Ta płyta powstała w duchu "OK, jeśli tak uważacie to spróbuję". Miałem do dyspozycji znakomite studio w Chicago. Inżynier dźwięku jest tam bardzo dobry, jest to miłe miejsce i uzyskują oni bardzo dobrą jakość dźwięku. Wyszło to dobrze. Gdy wszystkie te rzeczy są na właściwym miejscu wówczas praca staje się przyjemnością.

FJ: Również na płycie "Foxes Fox" grasz głównie na tenorze, którą ostatnio (1999 r. - Z.G.) wydałeś na Emanem, wytwórni Martina Davidsona, który był twoim wielkim zwolennikiem przez wiele lat.

EVAN PARKER: Tak, w ten sposób to ostatnio wygląda. Im więcej bębnów i basu tym więcej gram na tenorze. Nie wiem dlaczego. Jest to trochę polaryzujące. Im bardziej idziemy w stronę elektroniki, tym więcej gram na sopranie. Doszedłem do takiego rozwidlenia na mojej drodze, gdzie tenor idzie w jedna stronę, a soprano w drugą. Ale próbuję znaleźć takie sytuacje, gdzie mogę grać na obydwóch instrumentach. To wciąż ma miejsce, ale coraz częściej to co robię dzieje się albo w kontekście tenoru albo sopranu.

FJ: "Monkey Puzzle" wydane na Leo (2000 - Z.G.) , płyta nagrana w duo z Nedem Rothenbergiem, z którym grasz w Knitting Factory w przyszłym miesiącu.

EVAN PARKER: Tak, jest wiele koncertów, które zaplanował Ned, na których będziemy grali w duo albo solo. To jest kolejny związek, który trwa już bardzo długo. Gdy po raz pierwszy spotkałem Neda związany był z dużym zespołem Anthonego Braxtona (Ned Rothenberg występuje m.in. w 21 osobowym składzie zebranym i dyrygowanym przez Braxtona, który został uwieczniony na znakomitym dwupłytowym albumie "Creative Orchestra (Koln) 1978" - Z.G.). Spotkałem go w Niemczech we wczesnych latach 70-ych i pozostałem w kontakcie. Często razem koncertujemy i nagraliśmy właśnie płytę dla Leo. Obecnie oczekuję na okazję, aby popracować z nim bardziej dogłębnie.

FJ: Wszystkie utwory zatytułowane są "Dla ...". Nazwiska nie są zbytnio znane.

EVAN PARKER: To są nazwiska autorów krzyżówek. Interesują mnie krzyżówki, chociaż jest to amerykański wynalazek. Myślę, że w tym konkretnym przypadku, ta krzyżówka, jest znaczącym rozwinięciem podstawowego amerykańskiego pomysłu. Chciałem zatem sam spróbować stworzyć taką krzyżówkę. Ned się powiedział "OK" a od Leo usłyszałem "to fantastyczne". Ale Leo na wszystko mówi "fantastyczne", co oczywiście jest plusem Leo. Usłyszłem: "Evan, dlaczego nie zaczniesz tego od zaraz?" Wydaje mi się że nikt nie zrobił tego typu krzyżówki-zagadki. Chciałem w ten sposób wyrazić mój zachwyt dla tych autorów poprzez dedykowanie im utworów, chociaż wątpię, że którykolwiek z nich kiedykolwiek kupi tę płytę. Oni są wszyscy anonimowi i dlatego nigdy nie wiadomo kim naprawdę są. Używają oni dziwnych imion.

FJ: Czy będziesz na nadal nagrywał płyty z wykorzystaniem twojego tenoru?

EVAN PARKER: Och, tak, jak nigdy przedtem gram równie często na obydwóch instrumentach. To dziwna rzecz, ale wiem, że czasami będę grał tylko na tenorze lub tylko na sopranie. Często jednak mogę grać na obydwóch instrumentach.

FJ: Media i publiczność potrzebują czasu, aby nadążyć za artystą. Czy tak jest w przypadku twojej muzyki?

EVAN PARKER: No cóż, mogę na to spojrzeć tylko przez pryzmat muzycznej drogi, którą przebyłem i każdego roku jest trochę łatwiej niż rok wcześniej. Chcę powiedzieć, że każdego roku coraz więcej osób jest zainteresowanych taką muzyką. Ale częściowo jest to związane z dostępnością oraz tego rodzaju pomocą, której ty teraz udzielasz poprzez rozmawianie ze mną. Zanosisz to słowo do wielu ludzi i może to powiększa grono moich słuchaczy. Nie wiem kto stanowi naturalną publiczność dla tego co ja robię. Nie mam pojęcia. Nie mam też określonych oczekiwań. Jestem bardzo szczęśliwy, że są jacyś słuchacze. Czy grupa moich słuchaczy powinna być większa, czy już jest większa niż powinna być, wydaje mi się, że to są pytania dla innych osób.

FJ: Czy twoja publiczność jest coraz młodsza?

EVAN PARKER: Sądzę, że zasadnicza część tej publiczności, która uczęszcza na koncerty to ludzie młodzi. Natomiast starsi ludzie dodają mi wsparcia, gdy widzę ich wytrwałość. Zaczynają oni odczuwać swój wiek i stanowi to dla nich pewien wysiłek. Lubię grać dla ludzi, którzy zdecydowali się przyjść, jakiekolwiek są ich powody i mam nadzieję, że przyjdą znowu jeśli im się spodoba.

FJ: Istnieją żywe awangardowe sceny w Nowym Yorku, scena downtown z Knitting Factory. Chicago ma wsparcie od AACM i artystów takich jak Ken Vandermark oraz producentów takich jak John Corbett. Za kilka miesięcy Knitting Factory zadomowi się w Los Angeles, kiedy ty "rzucisz nam kość"?

EVAN PARKER: Pamiętam jak grałem w Century City Playhouse lata temu. Dałem koncert z Derekiem i mieliśmy fantastyczną, bardzo ciepłą publikę w Los Angeles. Bardzo bym chciał czasami tam zawitać. Z mojej strony nie ma żadnych przeszkód.