"Saksofon wyzwolony" - z Evanem Parkerem rozmawiał Michał Bukowski. Pierwotnie wywiad ukazał się w periodyku "Śruba".

Na saksofonie gra od ponad czterdziestu lat. Jego nazwisko pojawiło się na przeszło 200 różnych płytach. Otarł się o jazz, hałas, elektronikę, rock, muzyczne standardy i nowatorskie eksperymenty. Współpracował z czołówką światowej, mniej lub bardziej radykalnej, awangardy. Do Polski przyleciał po raz trzeci, tym razem do Krakowa, gdzie wystąpił w ramach festiwalu Audio Art 2000.

Gdy Evan Parker wychodził na środek krakowskiej synagogi, rozległy się brawa. Gdy już tam stanął i uniósł saksofon, zapanowała cisza. W milczeniu, ze skupieniem na twarzy wciągnął powietrze do płuc, odczekał sekundę i rozpoczął grę. Przez następne 10 minut saksofon wydawał z siebie ciągły dźwięk. Żadnych przerw na zaczerpnięcie powietrza. Żadnego odpoczynku. Niemożliwe? Czary? Playback? Niezupełnie - to po prostu technika oddechu okrężnego, czyli... wciąganie i wydychanie powietrza na raz (nie próbujcie tego sami w domu). Parker zaprezentował jednak nam coś więcej niż tylko techniczne sztuczki z oddechem. Publiczność zgromadzona na koncercie usłyszała piękne kompozycje oparte na swobodnej improwizacji, wykonane z niespotykaną żywiołowością i precyzją jednocześnie. Po występie saksofonista miał tylko jedno marzenie: zjeść coś tradycyjnie polskiego, i to natychmiast! Znalazł jednak chwilę, by udzielić "Śrubie" wywiadu.

Michał Bukowski: Eksperymentujesz z różnymi gatunkami muzycznymi. Czy uważasz się za artystę awangardowego?

Evan Parker: Cóż, to określenie... nie wiem. Nie ograniczam się do jednego nurtu. Wciąż poszukuję, ale nie wiem, czy nazywałbym to awangardą.

MB: ... a jazzowego?

EP: Wychowałem się na jazzie, w nim tkwią moje korzenie. Jazzowa improwizacja jest dla mnie bardzo ważna, podobnie jak technika gry, kontrola nad instrumentem, dźwiękiem, pewne ustalone schematy i standardy, które wyniosłem właśnie z jazzu. To wszystko jednak jest tylko częścią mojego własnego stylu, który wypracowałem powoli, przez lata.

MB: Powiedziałeś kiedyś: Lubię stawiać wyzwania dla odważnych słuchaczy. Czy odnosi się to do publiczności obecnej na Twoim dzisiejszym koncercie?

EP: Nie pamiętam dokładnie, co miałem na myśli, mówiąc to zdanie. (śmieje się) To było chyba ze dwadzieścia lat temu! Lubię robić coś, co dla odbiorcy będzie świeże i nowe. Publiczność jest dla mnie niezwykle ważna. Improwizuję po to, by maksymalnie zaangażować słuchaczy w moją muzykę. Świadomość, że obcuje się z czymś jedynym i niepowtarzalnym przyciąga ich uwagę. Dziś wieczorem chyba mi się to udało.

MB: Jazz jest w Polsce dość popularny. Czy znasz polskich muzyków jazzowych?

EP: Hmm, kilka nazwisk. (zamyśla się) Thomas Stańko, Zbigniew Namyslowski i postać-legenda Christoph Komeda. Tak, to były trzy nazwiska, które teraz przychodzą mi do głowy. Zdaje się, że i tak wymieniłem trzech najbardziej znanych. (śmiech)

MB: Czy chciałbyś kiedyś zagrać razem np. z Tomaszem Stańko?

EP: Ależ ja z nim grałem.

MB: ???

EP: W 1988 w Berlinie. Braliśmy udział w projekcie Cecila Taylora w ramach "Improvised Music II". Wystąpiło tam wspólnie kilkunastu muzyków. Nagrania te zostały uwiecznione na płycie i wydane jako "ALMS/TIERGARTEN".

MB: Nagrywałeś także z Thurstonem Moore, gitarzystą Sonic Youth...

EP: Tak, to prawda. W zeszłym roku nagraliśmy wspólnie z włoskim muzykiem Walterem Prati, płytę "The Promise". Thurston zagrał na gitarze, ja na saksofonie, a Walter zajął się elektroniką i gitarą basową, a później zabrał wszystko do Włoch i tam zmiksował. Thurstona poznałem dużo wcześniej, w Nowym Jorku, gdzie był częstym gościem Knittin'Factory (wytwórnia płytowa, - MB). To bardzo miły i otwarty człowiek. Śledzi uważnie wszystko, co dzieje się na różnych scenach muzycznych, w szczególności tych bardziej podziemnych.

MB: Spora część Twoich projektów muzycznych związana jest z elektroniką. Czy nie uważasz, że współcześnie dźwięk jest raczej generowany niż grany? Czasem dzieje się to zupełnie przypadkowo.

EP: Wielu muzyków zajmujących się elektroniką tworzy naprawdę interesujące rzeczy. Niestety jest też dużo schematów, powielanych wzorów i nudy. Ale ludzi, z którymi ja pracuję, nie interesuje ani przypadkowość, ani eksperymenty dla eksperymentów. Poświęcają wiele pracy i uwagi, aby w pełni kontrolować maszyny. Przypadek w muzyce może być interesujący - elementy niepewności w graniu, ryzyko bycia niezrozumianym, konflikt między dźwiękami w obrębie utworu tworzą przecież jego dramaturgię i nadają mu pewne symboliczne znaczenie. To ciekawe i piękne zarazem.

MB: Wielokrotnie używałeś terminów free-music, free-jazz. Co one dla Ciebie oznaczają?

EP: Free-music tak naprawdę nie oznacza jakiegoś gatunku czy stylu. To tylko etykietka: wolna muzyka. Gdy już raz zagrasz jakiś utwór, przestaje on być wolny. Zaczyna brzmieć w pewien określony sposób. Nabiera kształtu, formuje się, zostaje nagrany. Mówiąc free-music mam na myśli pewną postawę, otwartą postawę. Nie jest istotne, czy nazwiesz to wolną, otwartą czy improwizowaną muzyką. Ważne jest nastawienie, otwartość umysłu, unikanie szablonu i zamknięcia w schematach. To jest pewnego rodzaju wyzwolenie.

MB: Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość?

EP: Niedawno zakończyłem z zespołem udane tournee po Japonii. To była mieszanka akustyczna z jednej strony, komputerowo-elekroniczna z drugiej. Planujemy poszerzyć skład grupy i zagrać jeszcze jedną trasę. Trwają rozmowy na temat współpracy z norweskim artystą video-performance [tu Parker wymienia jakieś niezapisywalne nazwisko]. Gram także w trio wraz z Barrym Guyem i Paulem Lyttonem, planuję trochę pracy solo. Jest tego trochę. Nie narzekam na nudę.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Michał Bukowski